Wywiady

Cyberbezpieczeństwo to technologie, ludzie i procesy

Cyberbezpieczeństwo to technologie, ludzie i procesy

Dziś firmy specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa widzą w ekspertach od analizy złośliwego oprogramowania, obsługi SIEM czy forensic, ale nie w menedżerach, którzy potrafią patrzeć na cyberbezpieczeństwo we wspomniany już holistyczny sposób i widzą zależności pomiędzy ludźmi, technologiami i procesami. Rola takich menedżerów nie jest dziś jeszcze dobrze rozumiana, ale ich deficyt na rynku będzie widoczny i odczuwalny – prognozują w wywiadzie dr hab. Krzysztof Szczypiorski, profesor Politechniki Warszawskiej, Członek Zarządu Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń i Mirosław Maj, Prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń - wykładowcy w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Z czego wynika wzrost popytu na specjalistów zajmujących się cyberbezpieczeństwem? Jak rynek ich dziś pozyskuje?

Mirosław Maj: Zapotrzebowanie na kompetencje związane z cyberbezpieczeństwem rośnie naturalnie wraz z cyfrową transformacją i wzrostem zużycia systemów IT. Wzrosło też użycie systemów IT w kontekście wykorzystywania ich do tzw. krytycznych form działalności, związanych z ekonomią czy bezpieczeństwem również na poziomie kraju, co oznacza, że potrzeba coraz więcej ludzi i coraz więcej kompetencji do ich obsługi. Idąc jednak od samej genezy problemu – a więc powstania Internetu w latach 60. – wiemy, że nie został on zaprojektowany w bezpieczny sposób, a protokoły, które zostały wtedy wymyślone, w dużej mierze funkcjonują do dziś. Nie miały one natywnie zaimplementowanych funkcji bezpieczeństwa. Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów od cyberbezpieczeństwa i na to, by ktoś potrafił nad tym zapanować – dzisiaj już w znacznie bardziej skomplikowanej materii jaką przez ponad pół wieku stała się sieć internetowa i świadczone w niej usługi.

Wzrost zapotrzebowania na ekspertów od cyberbezpieczeństwa stanowi poważne wyzwanie dla biznesu. Warto bowiem zaznaczyć, że branża IT nie ma niestety łatwo skalowalnego modelu, w którym mogłaby kształcić zawodowo jeden za drugim ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Takich specjalistów nie można szkolić „taśmowo”, jednego za drugim i według jednego standardu tak, jak na przykład można szkolić – dajmy na to - operatorów dronów. „Cyberbezpieczeństwo” to pojemne pojęcie, na które składa się mnóstwo wąskich specjalizacji, związanych tak z rozumieniem technologii, jak i zarządzaniem procesowym. Zapotrzebowanie na cyberekspertów jest duże, ale mówimy o popycie na pracowników o bardzo niszowym, wąskim obszarze specjalizacji.

Krzysztof Szczypiorski: Rynek w końcu dojrzał i docenił cyberbezpieczeństwo, mimo że przez długi czas niechętnie płacił za specjalizację w tym kierunku. Z jednej strony z różnych względów przyspieszyła cyfryzacja biznesu, a z drugiej – w ostatnich latach doszło do wielu spektakularnych ataków, które uświadomiły raczej wszystkim, jak łatwo można przechwycić informacje i je spieniężyć. Dziś zapotrzebowanie na specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa jest ogromne, a rynek cały czas wywiera presję, aby kształciło się ich coraz więcej. Choć nie brakuje genialnych samouków, to spora część tych osób wymaga dodatkowej edukacji i uzupełnienia wiedzy. Z drugiej strony brakuje kadr dydaktycznych – widać choćby deficyt ekspertów, którzy chcieliby i mogliby uczyć przyszłych specjalistów.

Co składa się na rozwój cyberbezpieczeństwa w organizacji? Rozwój kompetencji pracowników, kadry zarządzającej… i co jeszcze? Na co powinny „iść” wydatki na cyberbezpieczeństwo?

Mirosław Maj: Zanim odpowiem, ustalmy kluczową kwestię – rozwój cyberbezpieczeństwa nie jest kosztem czy jednorazowym wydatkiem. Jest inwestycją taką samą, jak zakup sprzętu IT. Ktoś, kto kupuje infrastrukturę informatyczną w ramach wielomilionowych budżetów, nie mówi z perspektywy lat, że poniósł koszt czy wydatek na jej zakup. Zawsze będzie podkreślał, że dokonał inwestycji. Takie samo myślenie powinno towarzyszyć cyberbezpieczeństwu. Co ważne – nie zawsze taka inwestycja wymaga gigantycznych nakładów finansowych. W cyberbezpieczeństwo można i trzeba inwestować rozsądnie i optymalnie.

Wracając jednak do pytania – chcemy, by spojrzenie na ten obszar było holistyczne i obejmowało trzy jego główne komponenty: technologie, ludzi i procesy. Wszystkie wymagają inwestowania. Posłużę się zresztą dosyć praktycznym i żywym przykładem: Jednym ze sztandarowych miejsc, o których się mówi w kontekście cyberbezpieczeństwa, są tzw. SOC-i (Security Operation Center). Parę lat temu nasilił się negatywny trend, polegający na tym, że SOC-i były budowane głównie prawie tylko w oparciu o SIEM-y, czyli główne urządzenia obsługujące centra bezpieczeństwa. Doszło wręcz do tego, dla większości firm i organizacji zbudowanie SOC było tożsame wyłącznie z zakupem SIEM. To zaczęło nagminnie doprowadzać do sytuacji, w której SIEM-y generowały komunikaty, których…. Nie rozumiał nikt w organizacji. A nawet gdy wiedział, co oznaczają, w organizacji nie było klarownych zasad definiujących, jak się zachować i jakie procedury należy wdrożyć w przypadku danego incydentu.

Wszystkie te trzy komponenty – ludzie, procesy i technologie – są zatem nieodzowne i w każdy z nich trzeba inwestować. W cyberbezpieczeństwie ludzie i technologie nie mogą funkcjonować prawidłowo bez zdefiniowanych procesów, technologie i procesy nie będą mogły zostać optymalnie wykorzystane bez ludzi, a ludzie i procesy potrzebują odpowiednich technologii.

Jak przekonać kadrę zarządzającą do inwestycji w cyberbezpieczeństwo albo konkretnie w rozwój kompetencji powiązanych z cyberbezpieczeństwem? Jakich argumentów należy użyć?

Krzysztof Szczypiorski: Gdybym miał przekonywać zarząd, użyłbym argumentu o ciągłości działania przedsiębiorstwa i o tym, że incydenty związane z cyberbezpieczeństwem zaburzają taką ciągłość. Taka argumentacja jest uniwersalna i pasuje do każdego profilu działalności.

Mirosław Maj: Znam dwie metody. Jedna jest dosyć brutalna i skrajna i nie do końca się z nią zgadzam, ale niestety, nie można odmówić jej przynajmniej częściowej efektywności. Widać bowiem, że najczęściej potrafi skłonić kadrę zarządzającą do podjęcia decyzji o inwestycji w cyberbezpieczeństwo. Tą metodą jest „przestraszenie” – a więc po prostu poczekanie, aż dojdzie do incydentu naruszającego cyberbezpieczeństwo. Warto przytoczyć tu historię jednego z czołowych polskich graczy na rynku e-commerce, który kilka lat temu zmagał się z systematycznymi atakami klasy DDoS, prowadzącymi do blokady usług internetowych (a więc zamknięcia serwisów). Straty wynikające z ataków sięgały miliony złotych dziennie i po prostu w pewnym momencie uznano, że wielomilionowa inwestycja w cyberbezpieczeństwo będzie dotkliwa, ale pomoże zapobiec podobnym incydentom w przyszłości. Taki „straszak” może być jednak skuteczny tylko na krótką metę – przedsiębiorca jest bardziej świadomy i wyczulony na punkcie cyberbezpieczeństwa tylko na czas ataku, zaś gdy zagrożenie minie, traci motywację do długiej inwestycji i nie wydaje się mu ona nieodzowna.

Druga metoda jest mi zdecydowanie bliższa, choć trudniejsza i wymaga długotrwałych działań. Polega na mówieniu o korzyściach językiem biznesu i twardymi danymi. Na przykład na oszacowaniu wartości firmy, jej mocy produkcyjnych i ocenie, o ile produkcja mogłaby zmaleć, gdyby doszło do incydentu związanego z cyberbezpieczeństwem. Możemy przecież powiedzieć zarządowi: „W porządku, możemy nie inwestować w cyberbezpieczeństwo, ale jeśli tego nie zrobimy, to w przypadku cyberataku dojdzie do poważnego zakłócenia procesów, przez który powrót do optymalnej wydajności zakładu zajmie nam minimum 3 dni.” Wystarczy wówczas sprawdzić w księgowości, jakie to są koszty i ile firma może stracić na takim potencjalnym przestoju. To bardziej wymagająca argumentacja, ale w mojej ocenie ma mocniejsze, stabilniejsze fundamenty i pozwala na to, że cyberbezpieczeństwo na stale zagości w budżetach inwestycyjnych.

Kogo należy szkolić? Menedżerów, specjalistów IT?

Mirosław Maj: Specjalistów brakuje niemal na każdym polu już dziś, ale istnieją ciekawe prognozy, z których wynika, że w niedalekiej przyszłości wzrośnie przede wszystkim krzywa zapotrzebowania na osoby specjalizujące się w sprawnym zarządzaniu cyberbezpieczeństwem. Dziś firmy ekspertów widzą w specjalistach od analizy złośliwego oprogramowania, obsługi SIEM czy forensic, ale nie w menedżerach, którzy potrafią patrzeć na cyberbezpieczeństwo we wspomniany już holistyczny sposób i widzą zależności pomiędzy ludźmi, technologiami i procesami. Rola takich menedżerów nie jest dziś jeszcze dobrze rozumiana, ale ich deficyt na rynku będzie widoczny i odczuwalny. To właśnie takich specjalistów chcemy szkolić w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej na programie MBA Cybersecurity Management.

Krzysztof Szczypiorski: Uważam, że powinno się kształcić wszystkich w danej organizacji, czy też w firmie. Nie można uczyć zasad ruchu drogowego tylko części użytkowników, np. pominąć rowerzystów i motocyklistów tylko dlatego, że ci jeżdżą na dwóch kołach. Każdy uczestnik cyfrowego świata powinien w mniejszym lub większym stopniu być świadomy zagrożeń i umieć sobie z nimi radzić. Nawet pracownicy, którzy w swojej pracy nie zajmują się cyberbezpieczeństwem, powinni być obyci z tzw. cyfrową higieną, być odporni na ataki phishingowe, wiedzieć, jakie zagrożenia mogą czyhać podczas przeglądania skrzynki mailowej. Jeśli nie – powinni być szkoleni i uświadamiani. Nie ma w tej kwestii wyjątków.

Oczywiście, w dużych organizacjach powinna istnieć grupa osób, która – tak jak wskazał mój przedmówca - zarządza cyberbezpieczeństwem i jest odpowiedzialna za to, by firma mogła funkcjonować bezpiecznie.

 

Szkoła Biznesu Politechniki Warszawskiej