Wywiady

Od mindf*cka do wyzwolenia,  czyli jak być szefem i nie zwariować?

Od mindf*cka do wyzwolenia,  czyli jak być szefem i nie zwariować?

Mamy pomysł, odwagę i możliwości, zakładamy zatem firmę. Pracujemy w pocie czoła, poświęcając życie osobiste, a nawet własne zdrowie, ale mimo wszystko coś nie wychodzi. Kierowało nami pragnienie wolności, a tymczasem tkwimy w pułapce. Czy można prowadzić firmę i nie być jej więźniem? Co zrobić, żeby w końcu wyszło to, co wyjść nie chce? Na te i na wiele innych pytań odpowiada Monika Reszko, psycholog biznesu, przedsiębiorca, autorka książki o intrygującym tytule „Mindf*ck szefa”.

Justyna Gul: Statystyki dotyczące czasu funkcjonowania firm nie napawają optymizmem. Aż 80% firm upada w pierwszym roku swojej działalności, po pierwszym roku znika z rynku 30% przedsiębiorstw, zaś po 5 latach funkcjonowania upada kolejne 70% małych oraz średnich firm. Co z tymi firmami jest nie tak? Czy to rzeczywiście wzrastający koszt prowadzenia działalności? Konkurencja? A może problem jest po stronie właścicieli firm?

Monika Reszko: Tak, statystyki nawet odstraszają. Jednak nie nazwałabym tego problemem. Jestem z tych, co szukają przyczyny – wtedy można popracować nad rozwiązaniem. Lata mojej pracy z właścicielami pokazują, że oczywiście relatywnie łatwo jest znaleźć całe mnóstwo zewnętrznych przyczyn, które nie ułatwiają prowadzenia firmy: konkurencja, koszty, koniunktura. Jednak w tym całym zamieszaniu są firmy, które świetnie się rozwijają. Pytanie, na ile trwały to jest rozwój i co na to pozwoliło. I tu wchodzi do gry gotowość właściciela. A konkretnie, jego emocjonalne i psychiczne przygotowanie. Nade wszystko natomiast jednoznaczna odpowiedź, po co ta firma powstaje. Wielu moich klientów nie ma odpowiedzi na to podstawowe pytanie– wtedy bardziej „firma ma ich” niż oni firmę.

Jest Pani przedsiębiorcą ale też autorką książki „Mindf*ck szefa”. Do kogo jest adresowana ta książka? Do szefów? Do tych przedsiębiorców, którym wciąż nie wychodzi? A może do tych, którzy już nie liczą, że coś im wyjdzie?

Napisałam tę książkę z myślą o właścicielach, którzy prowadząc firmę, nierzadko w ciągłym stresie, chcą odzyskać równowagę i spokój. Powstała ona na bazie doświadczeń, jakie mam w indywidualnej, jak i grupowej pracy z właścicielami. Okazuje się, że to, co z zewnątrz przypomina wolność, jest zduszonym przez nieuświadomione motywy i lęki pragnieniem, by w końcu poczuć chociaż chwilową ulgę. Brzmi może lekko patetycznie, ale jest dość powszechne, dlatego w tej książce ważne dla siebie kwestie odnajdują zarówno właściciele z wieloletnim stażem, jak i początkujący przedsiębiorcy. Od początku przestawiają swoje priorytety – zamiast firmy, na pierwszym miejscu zaczynają stawiać w końcu siebie i własne ważne sprawy. Nieprawdopodobnie dużo właścicieli stawia w centrum uwagi firmę, współpracowników, zapominając, że firma to tylko kawałek życia.

Czym jest tytułowy „Mindf*ck”? Jak bardzo boli?

Właśnie tym pomieszaniem priorytetów – jeśli firmę nazywamy „drugim domem”, albo „rodziną”, to już wkrada się chaos. Ale to nie wszystko. Całkiem niedawno miałam przyjemność być prelegentem na konferencji dla przedsiębiorców. Spytałam uczestników, co było trigerem do założenia firmy, czego wtedy chcieli? Wielu odpowiedziało: więcej czasu, więcej pieniędzy, niezależność.

Zadałam zatem kolejne pytanie, na ile faktycznie mają „więcej czasu, pieniędzy i niezależności”? W sali zapadła cisza. Więc coś po drodze poszło nie tak. A zaczyna się właśnie już na starcie. W książce piszę o firmach „w odwecie”, firmach „nie miałem wyboru”, firmach „też bym tak chciał”. To, ni mniej ni więcej, jak karykatury motywacji. Ich cechą charakterystyczną jest iluzja, że w ogóle jest coś takiego, jak „niezależność”. Jeśli pomyślimy o tym, na jak niewiele rzeczy faktycznie mamy wpływ i jednocześnie, jak bardzo potrzebujemy ludzi – klientów, dostawców, pracowników, to ludzka niezależność kurczy się do zera. Rzecz więc w tym, że usilnie dążymy do czegoś nierealnego, przy jednoczesnym bardzo niewielkim poziomie samoświadomości – i tu może się nawet sporo osób obruszy, ale mindf*ck to właśnie niezrozumienie siebie – nieuświadomionych motywów swoich działań i zachowań, a przez to nieosiąganie tego, czego naprawdę pragniemy.

A jak boli mindf*ck? Nieuświadomiony da się znieść. Ale wystarczy zadać sobie kilka pytań, żeby zweryfikować, na ile faktycznie to, gdzie jesteśmy i jak się tam czujemy, jest tym, o co chodziło. Racjonalnie można próbować sobie wytłumaczyć, że „takie jest życie przedsiębiorcy”. Tak robi wielu szefów. Ale przecież nie ma obowiązku prowadzenia własnej firmy – to po co się tak męczyć?

Co oznacza wyjście naprzeciw własnej wolności i szczęściu? To w ogóle jest możliwe, czy raczej jest złudzeniem, jakim się karmimy zakładając firmę i marząc o wolności na Hawajach oraz odcinaniu kuponów od szybkiego sukcesu?

Trafiła Pani w sedno. Tak, karmimy się iluzją wolności. A tej się nie zdobywa ilością zer na koncie. Wolnym się człowiek czuje albo nie. Wolność to pewien rodzaj akceptacji: własnych możliwości, potencjału, ale i ograniczeń. To bardzo delikatna materia i nie ukrywam, że niełatwo się o niej mówi. Z jednej strony może przestraszać, a z drugiej może trącić zbędnym patosem. W psychologii funkcjonuje pojęcie „odrębności”, czyli stanu, w którym mamy pełną świadomość bycia odrębnym człowiekiem, ale jednocześnie nie odrzucamy potrzeby innych. To odwieczny konflikt dwóch potrzeb – bliskości i autonomii. Dotyczy naprawdę wielu dorosłych osób, no i właśnie przedsiębiorców. Objawia się to na przykład w relacji z pracownikami – jak być blisko, ale nie za blisko?

Jak sprawić, by mieli respekt, ale też, żeby było w firmie miło? Albo – z drugiej strony – jest tak miło, że trudno stawiać wymagania.  Wiele razy słyszałam, że ten „psychologiczny bełkot” jest nikomu niepotrzebny, bo biznes to gra intelektualna. Tylko, że to zakrawa z kolei na wyparcie lub odrzucenie własnych emocji – te są po prostu naszym ewolucyjnym zasobem, a tylko niewielu z nas nauczono, jak z niego korzystać. Zatem wyjść z iluzji i zwiększyć samoświadomość, by właściwie ustawić priorytety – to jest proces wyjścia z mindf*cka w telegraficznym skrócie. I tak, to absolutnie możliwe Nie mówię, że rzeczy zaczną się magicznie układać zgodnie z naszym życzeniem – takie myślenie jest niebezpiecznie, to tzw. „myślenie magiczne”. Mówię o tym, że dojrzałość i prawdziwa wolność pozwalają w pełni doświadczać życia we wszelkich jego barwach. Bo, uwaga, ale mindf*ck, to również brak cieszenia się, autentycznej radości z własnych sukcesów – tego również doświadcza bardzo wielu przedsiębiorców. Mimo że firma stabilnie się rozwija, właściciel nie potrafi w pełni doświadczać tego sukcesu. Więc jak potem budować szczęśliwe firmy, w których ludziom chce się pracować?

Wielu przedsiębiorców skwapliwie uczestniczy w szkoleniach motywacyjnych, pochłania kolejne biografie mistrzów zarządzania szukając przepisów na sukces. Pani wkłada przysłowiowy kij w mrowisko pisząc, że świadomość, iż inni mają podobnie, niczego nie rozwiązuje, a szukanie odpowiedzi na pytanie „Jak oni sobie z tym radzą?” jest nam niepotrzebne. Co zatem robić? Nie szukać analogii? Nie korzystać z doświadczeń innych? Nie porównywać?

Najważniejsze, że, jak Pani wskazuje, coraz więcej osób szuka rozwiązań. I to już bardzo ważny moment, jeśli nie kluczowy – zdać sobie sprawę, że czegoś nie wiem i dać sobie prawo do potrzebowania pomocy. Potem już kwestia, jakiej pomocy szukamy. Często jest to wskazany przez Panią przysłowiowy „przepis na sukces”, który, gdyby istniał, ktoś by już go opatentował. Porównania są czymś naturalnym – nasz mózg szuka punktu odniesienia. Gorzej, jeśli nieświadome porównania stają się źródłem rozczarowań albo utraty wiary w siebie. Świadomość, że inni właściciele też mierzą się z lękami, nie ze wszystkim sobie radzą i nie są idealni, pomaga wielu moim klientom. Widać to głównie w trakcie programów grupowych, jakie prowadzę. Ten rodzaj pomocy jest niezwykle wartościowy na początku drogi. Pozwala zrzucić maskę „super hero”, który wszystko musi wiedzieć, umieć i znać się na wszystkim. Do tego być idealnym szefem, bo tego się od niego oczekuje – tak buduje się dziś iluzoryczny wizerunek liderów.

Kiedy w trakcie pracy indywidualnej lub grupowej dochodzimy do momentu, gdy już nikt nie ma potrzeby „prężenia muskułów” i udowadniania swojej doskonałości, zaczyna się prawdziwa praca – bo każdy z moich klientów przechodzi swój proces zmiany w swoim tempie i robi to dla siebie. A doświadczenia innych są niezwykle wzbogacające cały proces. Rzecz w tym, żeby nie starać się nikogo naśladować, bo to, co zadziałało dla jednego, niekoniecznie jest wskazane komuś innemu. Zatem każda książka, szkolenie czy konferencja będą wartościowe, jeśli po nich nastąpi refleksja i odpowiedź na pytania: Co mi to robi? Jak to się ma do tego, co dla mnie ważne? Co dla siebie z tego biorę? „Kij w mrowisku”, o którym Pani mówi, to zatem moje zaproszenie dla czytelników i każdego przedsiębiorcy do tego, aby na początku zająć się sobą.

Prowadząc firmę można w ogóle osiągnąć spokój? A jeśli tak, to w jaki sposób?

Wyobraża sobie Pani, co by było, gdyby każdy przedsiębiorca w momencie rejestracji swojej firmy usłyszał od pani w urzędzie: „Od pierwszego dnia prowadzenia firmy już nigdy nie poczujesz spokoju.”? Pewnie niewielu chętnych byłoby do prowadzenia firm. Dla wielu właścicieli właśnie ten spokój jest tym, za czym gonią, tylko szukają go nie tam, gdzie trzeba, stawiając warunek – jak zarobię X, to będę spokojnie spał. No nie. Jak będziesz spokojnie spał, to łatwiej zarobisz nawet 10xX. Zatem znowu do gry wchodzą emocje i sposób, w jaki radzimy sobie z nieprzewidywalnością.

Prowadzenie firmy to fantastyczna przygoda – przeżywam ją już od 13 lat. Bycie szefem tak samo. To ogrom doświadczeń, które pozwalają poznać samego siebie. I tam też jest spokój – w akceptacji, wdzięczności, codziennym docenianiu. Znowu robi się lekko podniośle, ale to właśnie stany, za którymi tak po ludzku tęsknimy, a kojarzą się niestety często z lekkim nadęciem. No ale, niech już zostanie psychologicznie – spokój jest wtedy, gdy nie rządzą nieświadome lęki. Proszę sobie wyobrazić, że zgubiła Pani klucze – co się dzieje? Na ile rośnie napięcie, na ile złość? Napięcie jest często objawem lęku. Złość to adekwatna reakcja niezgody, bo właśnie nie może Pani wejść do własnego domu. I tu zaczyna się przygoda z emocjami, ich rozpoznawaniem i tym samym mniej lub bardziej adekwatnymi reakcjami. Ale to materia złożona, więc na potrzeby tej rozmowy tu się zatrzymam.

W książce pisze Pani o „stanie prowadzenia firmy”. Czym dokładnie on jest?

To z jednej strony świadomość tego, po co prowadzę firmę? Jaką organizacja, którą tworzymy, niezależnie od wielkości, daje wartość założycielom i klientom – co ważnego, dzięki temu ma właściciel i jego klienci. Potem dopiero pracownikom. Bo współpracowników zapraszamy do tworzenia wizji i właśnie dawania tej wartości. Wtedy zdecydowanie łatwiej określić zasady, granice, tego, co promujemy, akceptujemy, a czego nie tolerujemy. Niestety właśnie tu najczęściej dochodzi do pomylenia ról – szef dba o pracowników, zapominając po co mu firma i siebie tym samym odkładając na „święte nigdy”. A ludzie chcą pracować, brać odpowiedzialność, a nade wszystko – robić coś sensownego. Więc tym bardziej to „po co” warto by było stabilne i silne, bo jest podstawą dobrej współpracy.

I drugi aspekt – jakie miejsce zajmuje ta firma w moim życiu? Na ile pozostaje w równowadze z pozostałymi obszarami i rolami, jakie pełnimy.

Jak długo chcę prowadzić tę firmę? Na ile ją rozwijać? Jaka mam być w niej moja rola?

To są kluczowe pytania, które niewielu przedsiębiorców sobie zadaje, nie mówiąc już o znalezieniu odpowiedzi. To tak jakby pojechać gdziekolwiek na urlop, nie wiedząc, ile chce się tam spędzić czasu, co się chce tam robić i jeszcze zabrać pasażerów na gapę. Przypomina to raczej wyjazd „do obozu” zamiast „na obóz”

Przedsiębiorcy często robią „niewłaściwe rzeczy”?

Faktycznie robienie „niewłaściwych rzeczy” podaję często jako podstawowy błąd przedsiębiorców. No i właśnie, czym te „niewłaściwie rzeczy” są? Można je rozpatrywać w skali makro – to na przykład wspomniane wcześniej dbanie o pracownika z lęku, by nie odszedł, gdy ten nie ma świadomości celów firmowych, bo sam właściciel zapomniał, po co właściwie otworzył firmę. Pracownik chce pracować, ale – nie znając szerszego kontekstu – działa na połowę swoich możliwości, co z kolei rozczarowuje szefa, który zaczyna wierzyć, że może dba jeszcze za mało – i mamy błędne koło. A w skali mikro, to na przykład mówienie, zamiast pytania i słuchania. Często spotkania firmowe są „przegadywane”. 80% czasu mówi szef, a współpracownicy kiwają przytakująco, po czym po spotkaniu głowią się, o co właściwie chodziło. Dlatego tak często mówię: „Zmień gadanie na pytanie”. Rzecz w tym, żeby ponownie – zastanowić się nad przyczyną.Czemu tak bardzo lubimy brać na siebie tyle odpowiedzialności, odbierając ją tym samym innym dorosłym ludziom, którzy przyszli do pracy? Tu także nieświadome schematy biorą górę i dopóki nie „wyciągnie” się ich na światło dzienne, będą doprowadzać szefa na skraj rozpaczy.

Zasadniczo więc „niewłaściwe rzeczy” to takie, które nie dają nam oczekiwanego rezultatu. Może to być coś konkretnego lub po prostu określone zachowanie czy reakcja. No i, niestety, odpowiedź na Pani pytanie brzmi: Tak, przedsiębiorcy często robią „niewłaściwe rzeczy”. Dzieje się jednak tak dlatego, że to, o czym teraz rozmawiamy i przyczyny, o których piszę w książce, nie są czymś oczywistym i nie uczy się tego na studiach.

Czym jest trójkąt równowagi? W jaki sposób jego znajomość może pomóc?

Zaprasza mnie Pani do streszczenia książki, ale to bardzo dobrze, bo jeśli któryś z czytelników nie lubi długich form, to już sama nasza rozmowa może trochę namieszać w głowach i spowodować refleksję, a o to przecież chodzi – żeby się zatrzymać i sprawdzić, co tak naprawdę się wokół mnie dzieje, w czym biorę udział?

Do tego też służy trójkąt równowagi. To moje podejście do obalenia kolejnego mitu, czyli pojęcia „work-life balance”. O ile coraz lepiej przedsiębiorcy rozumieją, że nie samą pracą człowiek żyje i warto mieć życie prywatne oraz relacje, o tyle nadal ogromnie zaniedbany jest obszar osobisty – takie wewnętrzne życie, które przecież każdy ma, choć bardzo wielu, lekko zagracone. Życie prywatne stawiamy na równi z życiem osobistym, a to spore nieporozumienie. Życie prywatne, to na przykład rodzina lub przyjaciele, ale życie osobiste to wewnętrzny sposób przeżywania tych relacji i uczuć, jakie się z nimi wiążą. To właśnie w sferze osobistej jest spokój, poczucie odrębności i odpowiedzi na pytania, co jest dla każdego ważne i co naprawdę chce ze swoim życiem zrobić, jak je przeżyć. Dlatego jeśli siebie, swoją osobistą przestrzeń ustawimy na szczycie trójkąta, to dwa kąty u podstawy, tj. praca zawodowa i relacje prywatne pozwolą zrobić z tego trójkąt równoboczny – swoistą równowagę. A jeśli dbamy o każdy z tych obszarów świadomie, to nawet jeśli, w którymś dzieje się coś niepokojącego, to wsparcie dają dwa pozostałe.

Jak przejść drogę od mindf *cka do wyzwolenia?

Najlepiej jak najszybciej – to tak lekko żartobliwie. A na poważnie, to każdy proces jest inny. Nie jest to również coś, co ma swój koniec, bo rozwój nie ma końca. Zmiana zależy od osoby, która jej dokonuje – jej motywacji, ale przede wszystkim gotowości. Niektórzy moi klienci robili 2 – 3 podejścia do naszej współpracy. Po chwilowej zmianie na lepsze stwierdzali, że już wszystko teraz wiedzą i rozumieją, i reszta sama się ułoży. Przypominało to trochę triumf 4-latka, który nauczył się wiązać buty i teraz sam będzie chodził do przedszkola. To, co teraz mówię, jest prowokacyjne. Ale chcę tym podkreślić, że wyzwolenie nie polega na poczuciu, że „teraz już wiem wszystko”, ale bardziej na tym, że akceptuję to, że nie muszę wiedzieć wszystkiego i mogę czegoś chcieć, albo nie, i to jest OK. Gotowość często przychodzi na skutek dwóch emocji – strachu: „Boję się, więc lepiej zacznę coś zmieniać”, albo złości: „Mam dosyć tej sytuacji, musi być jakiś inny sposób”. Solidny nerw i złość to czasem najlepszy kop do zmiany. Bo jeśli to, co i jak robimy, nie daje oczekiwanych rezultatów, to gdzieś jest przyczyna, no i najczęściej jest ona w naszych własnych głowach.

Gdyby miałaby Pani dać tylko jedną radę dla osób, które chciałyby prowadzić własną firmę, to byłoby to…

Od dawna mówię, że ludzie byliby szczęśliwsi, gdyby sobie częściej odpowiadali na pytania, po co robią to, co robią? Zatem z pewnością świadomość motywów własnych działań się przydaje – łatwiej zdecydować, co naprawdę jest dla kogoś ważne. Wiem też, że wielu przedsiębiorców, szefów podważa swoje własne możliwości i czasem przedwcześnie rezygnuje z wielu rzeczy, niekoniecznie też związanych z biznesem. Dlatego podzielę się zdaniem, które wielu moich klientów zaadaptowało: „Dokopać sobie zawsze zdążysz, tylko po co?

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Artykuł pochodzi z magazynu:
FOCUS ON Business #5 July-August (4/2022)

FOCUS ON Business #5 July-August (4/2022) Zobacz numer